|
Jakże wiele powstało już publikacji medialnych, czy też zgoła naukowych elaboratów dotyczących emigracji. I na pewno będzie tych publikacji stale przybywać, wszak temat jest z natury swojej kontrowersyjny. A wie o tym każdy, komu choć trochę czasu przyszło spędzić na ziemi obcej w poszukiwaniu pracy, czy też po prostu życiowej odmiany.
Specjaliści są zgodni: emigracja to panaceum na ekonomiczne procesy kraju gospodarzy, bo też wytworzona przez przybyszów praca będzie motorem napędowym. O wiele dalej w swoich tezach, a w zasadzie hipotezach poszło dwóch ekspertów: Colin Hamilton i John Whalley twierdzących, iż swobodna migracja doprowadziłaby do wyrównania krańcowych produktów pracy i umożliwiłaby pełne zatrudnienie czynników produkcji i mogłaby również podwoić globalny Produkt Narodowy Brutto (PKB).
Póki co emigracja światowa to zaledwie 3% populacji, a niewiele wskazuje by prędko miało się to zmienić. Politycy nadal zajmują się zarządzaniem procesami migracyjnymi, zresztą nie tylko oni, bo przecież do tych procesów wkład wnosi każdy. Będą to zatem mieszkańcy kraju-gospodarza, jak również rzeczeni migranci.
I tu już zaczyna się gra. Jak poważnym problemem jest współczesna migracja pokazują choćby ostatnie wydarzenia społeczno-polityczne. Wymienić tu można rewolucje w krajach arabskich, czy też – po części nią uwarunkowane – planowane obostrzenia w przepisach dla cudzoziemców wysuwane w niektórych krajach Unii. Niemniej, po pewnym czasie pojawią się zapewne znowu głosy ekonomistów mówiące o tym, że z ekonomicznego punktu widzenia emigracja dla gospodarzy jest zjawiskiem jak najbardziej pożądanym. Głosy te stać będą naprzeciw hasłom antyemigracyjnym, którymi przecież tak chętnie szermują radykalni politycy w każdym kraju. Sytuację taką można by określić mianem stałego dualizmu.
Dania chce wprowadzenia kontroli celnych na granicach z Niemcami i Szwecją. Holandia ma dość żebrzących Rumunów, czy polskich bezrobotnych korzystających z rządowych grantów. W Wielkiej Brytanii temat „benefitów” jest głośny od dawna. Przykładów będzie zapewne więcej.
Ale przecież jeszcze nie tak dawno okazało się, że na Polaków w Niemczech czeka pół miliona miejsc pracy. Okazało się również, że podaż przewyższa popyt. Nie jest więc aż tak źle, a zważywszy na dość łatwą zdolność Polaków do adaptacji do nowych warunków chyba nie musimy się zbytnio martwić. Polacy znaleźli swoje miejsce w Wielkiej Brytanii – są uważani za doskonałych specjalistów od budowlanki. Zważywszy na dość krótki okres napływu – maj 2004 roku, powiedzieć trzeba że to niezłe osiągnięcie.
Ale polepszamy nie tylko ekonomię gospodarzy, a również i… Polski. Oszacowano, że w ubiegłym roku przebywający poza granicami Polacy przysłali do kraju 7 mld euro, co stanowi 1, 5% polskiego PKB.
Prognozy na najbliższe dziesięciolecia mówią, że do 2050 r. w Europejskim Obszarze Gospodarczym ubędzie 67 mln osób w wieku 15-39 lat, zaś w subsaharyjskiej Afryce przybędzie 328 mln osób zdolnych do pracy, a na Bliskim Wschodzie i północnej Afryce przybędzie 44 mln takich osób. Bank Światowy ostrzega: praca będzie rozłożona nierówno. Toteż najlepszym byłoby wypracowanie rozwiązań zmierzających do złagodzenia reżimu emigracyjnego. Stąd apel do polityków i społeczeństw danych krajów.
Jednak wiemy, że takie procesy nie przechodzą łatwo, bo integracji społeczeństw przyspieszyć się nie da. Wielka Brytania to kraj, gdzie emigracja na wielką skalę trwa już prawie 60 lat, a różnice między „swoimi” i „cudzymi” nadal są widoczne. Stany Zjednoczone określić by można mianem kraju emigrantów, niemniej również tam polityka w tym względzie – mimo zapowiedzi zmian – jest dość restrykcyjna.
Globalnie powinno się to zmienić. Powstaje pytanie: kiedy?
Artur Wielgus
|