|
Niecałe dwa miesiące minęły od momentu kiedy nasi zachodni sąsiedzi – Niemcy i Austria otworzyli podwoje swoich rynków pracy na Polaków. Póki co wydawać się może, że Niemcy przeliczyli się w swoich przewidywaniach, gdyż oferują więcej miejsc pracy niż wynosi na nie emigracyjny popyt. To zdaje się być zrozumiałe, wszak Polacy za Odra pracują już od dawna, a nowe regulacje pozwolą na zalegalizowanie statusu tych, którzy w Niemczech pracowali pół- lub nielegalnie, a pozostały napływ w przypadku niektórych zawodów będzie niewielki.
Sprawa, jednak jest prosta tylko pozornie, bo znawcy tematu alarmują, że w Polsce może dojść do odpływu fachowców. Niemcy w ogólnym rozrachunku spodziewają się ok. 800 tys. emigrantów, a rachunek ten zdaje się mieć pokrycie również i po stronie polskiej. Wg prognoz bezrobocie w Polsce ma się w przyszłym roku zmniejszyć o 10%, a urzędy pracy stracić mają ok. 450 tys. beneficjentów.
Z Polski mają wyjechać głównie młodzi, ale nie tylko oni. Wynik przeprowadzonych przez Deloitte Polska badań wskazuje, że wyjechać chce 60% studentów, natomiast z sondażu Hayes Poland wynika, że co czwarty respondent-specjalista deklaruje chęć wyjazdu do Niemiec, Austrii, czy Szwajcarii.

A choćby na niemieckim rynku pracy nie brakuje. Nasi zachodni sąsiedzi potrzebują ponad 370 tys. pracowników w sektorach: budowlanym, hotelarskim, przy pracach sezonowych i opiece nad starszymi ludźmi. To nie wszystko, bo niemieckie firmy i koncerny potrzebują 30 tys. inżynierów, taką samą liczbę informatyków, 14 tys. mechaników i monterów urządzeń elektrycznych, 12 tys. pracowników z sektora bankowości i finansów, przedstawicieli handlowych, czy managerów sprzedaży. Te liczby robią wrażenie, a przecież można dorzucić do tego również zatrudnienie w Niemczech z pracą… w Polsce. Tak będzie w przypadku choćby niemieckich call center es we Wrocławiu, wszak w Niemczech taki telemarketing jest zabroniony. To nie wszystko, bo praca za Odra czeka również na kilkanaście tysięcy lekarzy i pielęgniarek.
Niemcy chcą zatrudniać Polaków, o czym świadczyć może choćby fakt, że liczba zapytań o pracowników zza wschodniej granicy zwiększyła się w Niemczech dziesięciokrotnie. Niektóre firmy są nawet gotowe na zatrudnianie kilkudziesięcioosobowych zespołów polskich specjalistów!
A jest się na co połaszczyć, bo mimo że przebicie płacowe nie jest już takie jak kiedyś, to wciąż wynosi w przybliżeniu 2, 5 raza. Przykładowo, w Görlitz kasjerka zarobi nawet 4 razy więcej niż w polskim Zgorzelcu.
Na emigracji na pewno zyska też ekonomia naszych sąsiadów – wg prognoz niemieckie PKB do roku 2020 ma wzrosnąć o 1, 2%. Poza tym zmniejszy się presja na płace, a to spowoduje zmniejszenie inflacji.
Na emigracji zarobkowej na krótką metę skorzysta również Polska, bo pieniądze emigrantów zwiększą również nasze PKB. Spadnie bezrobocie, ale jednak czy – jeśli prognozy okażą się trafne – nasz kraj skorzysta jeszcze więcej? Tu pojawia się niepokój, bo jeśli do odpływu specjalistów dorzucimy stałe starzenie się polskiego społeczeństwa, to dobrze nie będzie. Cóż… emigracja to zjawisko społeczno-ekononomiczne, które kieruje się własnymi prawami. Raz puszczona w ruch machina nie daje się zatrzymać. Receptą byłby napływ do Polski specjalistów z innych części świata, ale z kolei odpływ naszych fachowców zmniejszy atrakcyjność potencjalnych inwestycji z zagranicy. Zmniejszy też pewnie atrakcyjność kraju w ogóle w oczach potencjalnego emigranta np. z Azji. Toteż koło się zamyka.
Życie pokazuje, że czarne scenariusze nie zawsze się sprawdzają, wiec nie trzeba martwić się na zapas, niemniej nie należy zjawiska lekceważyć. Eksperci uważają, ze być może nastał już czas, by rozpocząć kursy języka polskiego dla lekarzy z Indii, czy inżynierów z Wietnamu.
Artur Wielgus Źródło: Forbes, Internet
|