|
Jak długo istniejecie na brytyjskim rynku?
Firma została zarejestrowana w marcu 2007 r.
Czym się zajmujecie?
Nasza działalność, to sprzedaż, produkcja i montaż szkła a także wyroby z PCV, aluminium i drewna takie jak: okna drzwi, konserwatoria, dachy etc.
Ile osób zatrudniacie?
5 osób
Jak długo jesteś w Anglii?
Od 2003 roku.
A dlaczego wyjechałeś?
We wspomnianym roku, uzyskałem na uniwersytecie tytuł inżyniera. Pierwotnie, chciałem wyjechać do Anglii, żeby podszkolić język, a potem chciałem kontynuować studia. Nie potoczyło się to jednak tak, jak planowałem. Pierwsze pieniądze udało mi się zarobić około lipca-sierpnia, a szkoła zaczynała się w styczniu, toteż bez sensu było wracać już w grudniu. Podjąłem decyzję, by zostać tu kolejny rok, potem tę decyzję kontynuowałem…
Jak oceniasz brytyjski rynek?
Strasznie chłonny. Trzeba tu też znać ludzi, bo inaczej dużo się nie zdziała. Trzeba być uczciwym, rzetelnym i terminowym. Pracować trzeba non stop – to ma bezpośredni związek z rynkiem, bo dzięki temu dany człowiek się na tym rynku utrzymuje. Ze snem jest ciężko (śmiech). Uważam i cały czas to powtarzam, że jeśli na rynku jest 10 000 firm w jednej branży, to, gdy pojawi się następna, to i tak znajdzie swoje miejsce.
Jakie prace są dla ciebie najciekawsze, a jakie najnudniejsze?
W sprzedaży jestem dość długo. Pracowałem dla angielskiej firmy, potem dla Polaków, a potem dla siebie. Sprzedaż, to taka gałąź biznesu, gdzie nieraz chętnie przysiadło by się w biurze, ale nie da rady. Jednak siedzenie w biurze nie jest już dla mnie. Lubię wyjazdy, aktywność, mobilność. Każda praca jest specyficzna – my mamy niesamowicie szeroką gamę produktów. Kiedyś uczyłem się cały czas, teraz, niektóre decyzje podejmuje automatycznie, ale tak, czy siak, bardzo rzadko zdarza się, żeby jakaś praca była nudna. Bywa, że klienci są uciążliwi, ale patrząc na to drugiej strony – wydają oni duże pieniądze, więc mają prawo narzekać (śmiech).
Odczuwacie w firmie kryzys na rynku budowlanym?
Na przełomie marca-kwietnia było spokojniej. Na szczęście utrzymaliśmy swoją strukturę, to jest: pracowników i administrację. Ja jestem nauczony, by mieć pracę w nadmiarze, w rezerwie i tej zasady się trzymam. W okresie, o którym mówię bywało, że mieliśmy tej pracy na 2, 3, 5 dni. Na szczęście już wszystko się ustabilizowało. Przyszedł maj, zmieniła się pogoda, a to zawsze wpływa na ludzi – widzą wtedy swoje brudne szyby i myślą o oknach i szkle. Teraz jest OK., ale okres marca-kwietnia daje do myślenia. Wśród klientów mamy ludzi działających na rynku budownictwa mieszkaniowego. Są też deweloperzy – zamówienia od nich ucichły, bo projekty pozamykano lub posprzedawano.
Ale jednak w tę lukę waszych klientów ktoś wskoczył?
Tak, to mobilny rynek.
Jak oceniłbyś nową emigrację?
Kiedyś, gdy ja tu przyjechałem, Polacy byli „szarymi myszkami”. Ludzie byli przestraszeni, bo często pracowało się tu nielegalnie. Druga sprawa, że chyba bardziej szanowali wtedy pracę. Teraz obserwujemy niesamowity rozwój, szczególnie w okresie ostatnich 3 lat. Jak zaczynałem przygodę ze szkłem, to wśród polskich firm nie było praktycznie konkurencji. Teraz konkurencja jest niebywała. Poza tym z jednego pnia działalności można stworzyć inny. Ciężej jest teraz z zasobami ludzkimi, bo Polacy wybrzydzają i cenią się. Zrobili się tacy „angielscy”. Skończyły się czasy 50-60 funtów dniówki. Jednak na moich pracowników nie powiem złego słowa.
A jak, twoim zadaniem wyglądają stosunki polsko-brytyjskie?
Myślę, ze się polepszyły. Anglicy uświadomili sobie, że Polak, który 4 lata temu za 4 funty na godzinę kopał im ogródek i wykonywał najcięższe prace – był na tyle silny i rozważny, że już tego nie robi. Teraz Polak szuka czegoś innego, startuje z własna inicjatywą. Moim zdaniem pogłębia się szacunek dla Polaków i polskości.
Czy wasza firma jest gdzieś zrzeszona?
Oczywiście. Jesteśmy sygnowani certyfikatem FENSA, w naszej branży znaczy to tyle, co CORGI w gazownictwie.
Recepta na sukces?
Szczęśćcie – trzeba je mieć. Następnie praca i dużo wyrzeczeń. W Polsce miałem szczęście – czego się nie dotknąłem – grało i huczało (śmiech). Tu, natomiast bywało różnie 50 na 50 i zawsze źle. Stopniowo to szczęście zaczęło się jednak pojawiać. My decyzję podjęliśmy błyskawicznie – z biura o powierzchni 16 m² przerzuciliśmy się do powierzchni użytkowej 100 m². Szybki ruch i szybki efekt. Potem przyjemnie jest mieć uczucie, że praca i wyrzeczenia dają konkretny skutek.
|