Gallery
Styl Ludwika XVI, 200 ton marmuru, złocenia, przepych i styl – to White House, ale nie ten amerykański, a pałac stojący w londyńskiej dzielnicy Ealing. Jan Żyliński jest dumny z tego, że spełnił swoje marzenie, chociaż przyszło mu na to czekać pół wieku.
Kim jest Jan Żyliński? Ekscentrycznym polskim księciem urodzonym w Londynie? Zapalonym i czynnym miłośnikiem baletu lubującym się w stylowych budowlach? Deweloperem prowadzącym od lat szereg budowlanych projektów? Handlarzem nieruchomościami? Biznesmenem zajmującym się w przeszłości sprzedażą polskich plakatów? Tak, Jan Żyliński łączy w sobie wszystkie wymienione cechy, pasje i profesje, a pewnie dałoby się jeszcze do tego zbioru co nieco dorzucić.
Pałacu nie da się nie zauważyć, a przed nim stoi pierwszy od dwustu lat zbudowany w Londynie łuk tryumfalny.
- Posesję kupiłem w 2002 r., a budowa zajęła nam 7 lat. Jak łatwo wyliczyć, wprowadziliśmy się w 2009 r. Stale wychodzą jakieś rzeczy, drobne usterki, ale przecież w przypadku tak kompleksowego budynku jest to nieuniknione. Gdy kupiłem ten dom, to był to zwykły budynek z czerwonej cegły. Przerobiłem wszystko i wpuściłem dom o dodatkowy metr w ziemię, bo wiedziałem, że pałac będzie budynkiem o wysokiej kondygnacji. – mówi pan Jan.
Ciężko skupić się nad jakimś konkretnym szczegółem w White House, bo jest tych detali wiele. Złocenia, 200 ton marmuru, z którego wykute są również wanny, pokoje na górnej kondygnacji, z których każdemu przyporządkowany jest konkretny kolor (w niebieskim ściany pokrywa niebieski jedwab). Parkiety, zabytkowe meble, stylizacje, piękne zegary – wszystko jest! I najważniejsze, że wielość elementów nie gryzie się ze sobą.
Każdy szczegół zaprojektował sam. – Klasycyzm jest jak język obcy, którego trzeba się nauczyć. Poznać reguły i niuanse, a potem można się tym językiem bawić. Tak jest z projektowaniem. Ja doświadczenie czerpałem z podróży po świecie na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat. Pomogło mi też to, że byłem obecny przy odbudowie Zamku Królewskiego, gdzie projektem zajmował się mój dobry przyjaciel Andrzej Rottermund. Teraz pytanie: dlaczego zabytek musi mieć 300 lat? Zabytek może być nowy! Znasz język i bawisz się nim, wiesz, że możesz pójść w stronę żargonu, czy stylizacji, ale jednak trzymasz się reguł. To dokładnie przekłada się na projektowanie. Ja szukałem wzorców w klasycyzmie włoskim i francuskim, bo są to style lekkie, natomiast angielski klasycyzm jest ciężki. Daily Telegrph pisał, że pałac jest „lekki i muzykalny” i o to chodzi!

Z muzykalnością łączy się jeszcze inna pasja księcia Żylińskiego – balet. 8 lat temu wykryto u pana Jan cukrzycę, mogło być nieciekawie. Pan Jan zapisał się na lekcje baletu i dzięki czynnym treningom wygrał z chorobą! – Ja ważyłem wtedy 125 kilo. Pamiętam, że o wiele wcześniej będąc w Stanach usłyszałem historię od człowieka, który zaczął ćwiczyć balet w wieku 40 lat. On jechał na występ w moskiewskim Bolszoj. Ja też chcę, to moje marzenie i mam nadzieję, że się spełni chociaż moją przygodę z baletem zacząłem będąc człowiekiem ponadpięćdziesięcioletnim. Było ciężko, ale w balecie zakochałem się od pierwszej lekcji. To jest sport dla ludzi z artystyczną duszą, a poza tym dla faceta szalenie atrakcyjny także z tego względu, że jest się otoczonym pięknymi kobietami. Druga sprawa, że po pewnym czasie przestaje się na nie zwracać uwagę… Balet to samodyscyplina, ale i koordynacja, a więc ciągła praca mózgu. Ja lubię harmonię i ład, a w balecie to jest. No i śliczna muzyka. To antidotum na efekty uboczne współczesnego świata, który jest wulgarny, szybki, powierzchowny.
Pałac jest budynkiem mieszkalnym, jednak ze względu na atrakcyjność często jego sale bywają wynajmowane na imprezy, czy też kręci się tam filmy i programy. W White House kręcono m.in. sceny serialu The Diary of a Call Girl. Odbywają się tu wesela i imprezy charytatywne.
- Tak w Londynie się nie buduje, zwłaszcza na przedmieściach i pewnie to wyprowadza moich czterech sąsiadów z równowagi. Niemniej, skoro się tak nie buduje, to nie znaczy, że tak budować nie wolno. Każdy, kto przyjdzie do pałacu jest zachwycony, a oni nie. Oni mają swoją wizję zbudowaną z czerwonej cegły, na którą z kolei ja mam alergię.
Ale – jak się okazuje – pałac to dla Jana Żylińskiego nie tylko budynek.- Trzeba stworzyć taką wyspę, coś jak latarnik z noweli Sienkiewicza. Polskość udaje się utrzymać nawet w dziesiątym pokoleniu. Ja zbudowałem pałac, to moja wyspa polskości. Nie mówiłem tego nikomu z mediów, ale 21 lat temu założyłem Fundację im. Jana Żylińskiego przy Zamku Królewskim w Warszawie. Gdy nie będzie mnie już na tym świecie, to pałac stanie się muzeum. Dlaczego tutaj? Dlatego, że jest to polski pałac, a Ealing już stał się polską stolicą w Anglii. Co wydarzy się za 20 lat? Przecież młodzi Polacy, którzy teraz pracują w Sturbucksie, czy na budowie przez ten czas już się dorobią. Będą mieli domy, samochody, majątki. Wtedy też wyniknie kwestia tożsamości tych ludzi, bo na razie są oni zajęci dorobkiem, a za te 20 lat polskość będzie dla nich priorytetem. Będą, więc mieli swoje miejsce, swój pałac, tak jak Polacy w kraju mają Zamek Królewski w Warszawie. Tu będą wystawy, obchody świąt narodowych, ale również – jak to ma miejsce obecnie – imprezy okolicznościowe. Przecież Zamek Królewski też można wynająć na wesele, czy imieniny. Ja również wybudowałem pałac dlatego, żeby pokazać że można czerpać z przeszłości, żeby te dzieciaki ze szkoły za rogiem przyszły i mogły zobaczyć jakie to jest bogactwo. Bo przeszłość to bogactwo, to kopalnia diamentów, z której można garściami czerpać.
Ród Żylińskich pochodzi od księcia Ruryka. Żylińscy zamieszkiwali tereny Witebska, jednak powoli zaczęli przemieszczać się na zachód.
Rodzice pana Jana przybyli do Londynu zaraz po wojnie. Ojciec walczył w armii generała Andersa. Bił się pod Monte Cassino. Jako jurysta został osobistym prawnikiem generała. Po śmierci ojca matka pana Jana zajęła się handlem nieruchomościami. – To było w tamtych czasach niesamowite, że osobie niebrytyjskiej, dodatkowo kobiecie bank udzielił niemałego kredytu. – mówi Jan Zyliński. To pomogło.
Londyński dom Żylińskich to historia, bywała w nim cała emigracyjna elita.
Jan Żyliński lata temu zaczął biznes. – Wcale nie chciałem zajmować się biznesem. Ja chciałem być dziennikarzem, tak jak zresztą ty. Mam pociąg do słowa pięknego, wytwornego, inteligentnego. Zajął się sprzedażą plakatów, lata później pocztówek z wizerunkami celebrytów.
Pierwszą nieruchomość kupił w 1985 roku, a po roku 2000 handel rósł lawinowo. – Mam ciekawą anegdotę. Około 10 lat temu spytałem mojego przyjaciela: „Ile domów kupiłeś w tym tygodniu, Dave?” On odpowiedział: „Nie wiem.” On kupował domy jak kartofle! To daje pojęcie jak wtedy wyglądała wtedy sytuacja na rynku.
Obecnie dodatkowo pan Jan jest deweloperem budowlanym. Nie ukrywa, że dzięki swojej firmie budowlanej budowa pałacu była względnie szybka i o wiele tańsza.
Pan Żyliński ma sympatię dla nowej polskiej emigracji. – To emigracja zupełnie odmienna od tej „starej”. Młodzi przyjechali tu zarabiać, ale rozwijają się bardzo szybko. Kto wie, może w przyszłości premierem Wielkiej Brytanii będzie Polak? Przecież już Anglicy zazdroszczą nam smykałki w budownictwie, bo jesteśmy od nich lepsi. Przyjdzie moment, że Brytyjczycy będą się musieli do tych standardów dostosować. W pewnym sensie my ratujemy ten kraj, jak nasi piloci przed laty.
Rozmawiał:
Artur Wielgus
Fotografie:
valdiphoto.com
|